|
Znalazł "long boat", solidną, dziewięciometrową łódź o płaskim dnie, która może pomieścić nawet dziesięć osób. Dwa przyczepne silniki czterdziestokonne gwarantują przebicie się przez kilka niebezpiecznych kanionów, gdzie rwący nurt rzeki stwarza duże zagrożenie dla każdego śmiałka, który się tam zapuści. Ksiądz jest gotów odsprzedać nam swoje własne paliwo, bo i tak w najbliższych dniach nie planuje żadnego wyjazdu duszpasterskiego. Naszym celem jest przebycie całej wyspy Borneo, trzeciej co do wielkości na świecie, znanej z nieprzychylnego dla człowieka klimatu, nieprzystępnej dżungli, a przede wszystkim ze złej sławy jej tubylców, słynnych łowców głów, Dajaków. Następnego dnia w największy żar południa, kiedy słupek rtęci sięga 36°C, układamy nasze bagaże tak, aby wystarczyło miejsca także na 18 dwudziestopięciolitrowych kanistrów z benzyną i oczywiście dla nas samych. Wiemy, że nie będzie to już turystyczna przejażdżka i przyjdą chwile, kiedy trzeba będzie solidnie się napocić. Szeroka, wijąca się wstęgą Mahakam, przekształciła się w rwącą i zdradliwą rzekę górską. Już po kilku godzinach żeglugi dochodzi do nas elektryzujący huk wodnego żywiołu. Prąd przybiera na sile, woda jest spieniona i pełna wirów i sternik musi nieźle się natrudzić, aby ominąć wielkie głazy, na pełnej szybkości pokonać wąskie gardła. Wszyscy są kompletnie mokrzy od bryzgów wody, ale oczywiście nikt o tym nie myśli. Mam prawo sądzić, że Renzo Grego, idealny, silny jak tur kompan, przeżywa chwile strachu, ponieważ nie umie pływać. Dla bezpieczeństwa jednak wszyscy mamy na sobie kamizelki ratunkowe. Ja siedzę na dziobie razem z młodym Dajakiem i kiedy sternik nie zdąży przecisnąć się przez jakiś labirynt, naszym zadaniem jest odepchnąć się wiosłami od skalnej ściany bądź od wielkiego bloku kamiennego. Czynimy to z całych sił, raz pagaj ześlizguje się z kamienia, tracę równowagę i uderzam silnie twarzą o kant burty. W ferworze walki nie czuję nawet bólu, potem tylko wielki siniak świadczyć będzie o tym wypadku. Jesteśmy wyczerpani fizycznie i nerwowo, chociaż mój kompan nie traci refleksu ani na sekundę. Potem rzeka uspokaja się i przez ponad godzinę możemy odpocząć. Niespodzianie diabelski szum gdzieś w górze daje znać, że znowu będzie ciężko. Ajang, wykorzystując całą moc silnika, kieruje łódź w środek gardzieli, gdzie woda jest bardziej wzburzona, ale też i głębsza. Fale rozbijające się o burty zalewają nas i poziom wody podnosi się nawet do ławek, na których siedząc moi koledzy na zmianę zajmują się jej wylewaniem. Bywają ułamki sekundy, w których wydaje się, że to już ostatnie zbliżenie z przeszkodą i żadna siła nie uchroni łodzi od roztrzaskania się. Pięć minut spokojnej żeglugi i znowu jesteśmy w opałach. Chmura pyłu wodnego, pienista, biała woda oznaczają, że czeka nas kolejna "lekcja". Prąd na kaskadzie złożonej z kilku spadów odrzuca nas do tyłu, ale potem kierując się w inny przesmyk odrabiamy metr po metrze. Jednak to nie wszystko, przychodzi chwila, że musimy wskoczyć do wody i zanurzeni po pas, a nieraz po pachy przepychać i ciągnąć ciężką łódź po śliskim skalistym wzniesieniu katarakty. Doświadczamy ekstremalnego wysiłku. Nie możemy się jednak poddać, za wszelką cenę musimy sobie poradzić z tym nieprzejednanym żywiołem, nawet jeśli walka jest nierówna. Każdy z nas to inny charakter, inna osobowość, inne przyzwyczajenia. Alberto, który ma za sobą pięć lat Legii Cudzoziemskiej, jest bardzo pedantyczny i zorganizowany, natomiast Luca Vercesi, adwokat, ma stale trudności ze znalezieniem w plecaku tego, co w danej chwili jest mu niezbędne. Carlo Ferrari, mistrz futbolu amerykańskiego, sprawia wrażenie bardzo odpornego na wszelkie stresy, jest zawsze spokojny, ale i skryty. Carlo Bragagnolo, który robi dokumentację na filmie, jest niedbały. Docieramy do Tiong Ohang, dalej rzeka jest już nie żeglowna. Stąd rozpocznie się najtrudniejszy etap naszej ekspedycji. Musimy przejść przez łańcuch Gór Miller, wysoki prawie 2000 m, ale ważniejsze jest to, że do dziś pozostało jeszcze wiele nieścisłości na mapie i niektóre rejony są oznaczone jako "miejsce niecałkowicie zbadane". Zaraz za wioską gliniasta ścieżka prowadzi pod górę i jest tak śliska, że robiąc trzy kroki do przodu, zjeżdżamy jeden do tyłu. Temperatura powietrza przekracza 34°C, ale wilgotność jest na granicy 100% i praktycznie nie ma czym oddychać. Męczy się też dwunastu naszych tragarzy. Każdy z nich niesie po 25 kg: nasz bagaż oraz ryż, główny produkt żywnościowy. Posuwamy się wolno wykorzystując koryto potoku Ubung. Na śliskich kamieniach trudno jest zachować równowagę. Woda sięga do kolan, ale są miejsca, gdzie dochodzi aż do piersi. Czasami jest tak głęboka, że musimy wyjść na brzeg i przedzierać drogę parangami, długimi nożami przypominającymi maczety. Oczywiście wymaga to dużo więcej sił i energii. Bywa, że na przebycie stu metrów tracimy całą godzinę i wtedy najczęściej przychodzą złe myśli. Nie do pomyślenia, abyśmy w takich warunkach mogli dotrzeć do zamierzonego celu. Ręka Luki wygląda jak poparzona. Tylko na chwilę zdjął rękawice, poślizgnął się i upadając złapał się za jakąś gałąź pełną drobnych kolców. Zmorą są pijawki. Spadają z drzew, kiedy tylko poczują zapach przechodzącego człowieka, przenikają z ziemi i z wodnych kałuż. Remo nagle przystaje i parangiem tnie drzewo. Okazuje się, że dojrzał bungaro, jednego z najpiękniejszych a jednocześnie najniebezpieczniejszych węży tej wyspy. Przekrojony na dwie części niebieski gad, z głową i ogonem koloru czerwonego ma długość około metra. Wypadek ten powoduje sporą wrzawę wśród tragarzy. Ze 166 występujących na wyspie gatunków węży, połowa jest jadowitych, zatem zagrożenie czyha na nas co chwila. Po południu dochodzi nas szczekanie psów i wkrótce potem zbliżamy się do odludnej osady. W środku dużej wykarczowanej przestrzeni stoi longhouse, słynny wielorodzinny dom Dajaków. Napięcie jest niemalże dotykalne. Zbliżamy się niepewnie, nie wiedząc, czy możemy liczyć na gościnność zagubionych głęboko w dżungli potomków łowców głów. Na takie okazje mam zawsze trochę drobiazgów, które sprawiają przyjemność tubylcom. Naczelnikowi wspólnoty jako prezent daję woreczek soli. Zostaliśmy zaakceptowani w tym środowisku. Okrążają nas dzieci i starsi. Mężczyźni mają brunatną skórę, długie, lśniące, krucze włosy, są średniego wzrostu i proporcjonalnie zbudowani. Czarne oczy, twarz nieco spłaszczona, wystające kości policzkowe. Noszą się dumnie. W przedziurawionych uszach u kilku z nich widać ząb pantery. Podobnie jak i u kobiet jedynym ich okryciem jest skrawek płótna wokół bioder. Wszyscy mają rytualne, niebieskiego koloru tatuaże. U niektórych całe plecy, pierś, szyja, jabłko Adama, ręce i nogi są pokryte skomplikowanymi rysunkami. Piękno młodych kobiecych twarzy podkreślają idealnie kształtne obnażone piersi. Wszystkie mają rozciągnięte płatki uszu, w których wiszą ciężkie pierścienie, uważane za szykowną ozdobę. U niektórych widać także dyskretne i finezyjne tatuaże. Wszyscy mieszkają w tym jednym domu na palach, którego długość z pewnością przekracza 70 m. Po stromej belce z naciętymi progami wchodzimy na werandę z elastyczną podłogą z giętkich bambusów, która ma tak szerokie szczeliny, że wydaje się, iż w każdej chwili noga może w nich uwięznąć. Wewnątrz, na belce pod sufitem wisi cała seria pokrytych pajęczyną i sczerniałych od dymu czaszek ludzkich, ponury dowód walk plemiennych. Jeszcze do niedawna Dajacy uważali, że świeże głowy nieprzyjaciół pomogą osiągnąć wysokie zbiory ryżu i sprawią, że bezpłodne kobiety będą mogły mieć dzieci. Polowanie na głowy było często rozrachunkiem za jakieś krzywdy, obrazę czy zwykłe waśnie. Im większa kolekcja w domu, tym większy prestiż. Starszy, ale jeszcze żwawy tubylec pokazuje z dumą swój parang. Na tępej krawędzi ma naciętych kilkanaście zębów - tyle, ile spadło głów wrogów. Po śniadaniu ruszamy w dalszą drogę. Przed południem ściemnia się, nie słychać już głosów ptactwa, szczyty drzew zaczynają falować i pierwsze olbrzymie krople spadają na ziemię. Zaraz potem niebo otwiera się i wszystko dookoła pogrąża się w wodzie. Nie możemy nawet normalnie rozmawiać, huk piorunów i szum wody, zagłuszają nasze słowa. W porę zdążyliśmy wyciągnąć poncha i uchronić się przed ulewą, ale odzienie to silnie chłonie wilgoć i praktycznie także jesteśmy mokrzy. Po deszczu, który miał coś z atmosfery Sądu Ostatecznego, światło staje się bardziej intensywne, zieleń bardziej nasycona, a powietrze przypomina saunę. Szesnastego dnia przybywamy do Bunang, małej wioski, skąd już pozostają tylko trzy dni żeglugi do Putusibau, gdzie kursuje stateczek rzeczny. Rozliczam się z tragarzami, którzy jutro wyruszą w drogę powrotną. Niezastąpiony Remo znajduje dwa czółen. Jesteśmy załadowani po brzegi i na pierwszej bystrzynie rzeki dla wszystkich staje się jasne, że musimy dołożyć dużo starań i mieć sporo szczęścia, aby wrócić cało do domu. Niespodziewanie, bez żadnego uprzedzenia znajdujemy się w wąskim gardle diabelskiego młyna. Jakimś cudem nasza łódź wychodzi cało z tej opresji, ale następna ląduje na potężnym kamieniu. Wszyscy rzucamy się do ratowania ładunku i stopniowo wyławiamy wszystkie plecaki i worki unoszące się na powierzchni. Nie bez racji Dajacy powiadają: "Kto cztery razy przepłynął rzekę z prądem i pod prąd, jest już starcem". Można więc powiedzieć, że wyprawa ta kosztowała czwartą część naszego życia. Następnego dnia docieramy do majestatycznego i szerokiego Kapuasu, największej rzeki Borneo. Stąd już tylko jeden skok do wielkiego świata. W Pontianak korzystamy z dobrodziejstw cywilizacji, zimne piwo, prysznic, basen kąpielowy, posiłek przy stole, filiżanka kawy i... pełny relax. Na koniec już tylko wygodne łóżko.
|